Stowarzyszenie Nepomuk

organizacja pożytku publicznego KRS nr 0000324345

Doc. dr Jan Walichiewicz - wykładowca akademicki, wychowawca młodzieży

21/07/2017

Stowarzyszenie NEPOMUK chce upamiętnić ludzi, którzy tworzyli powojenną historię naszego miasta Gliwice. Pomimo, że doc. dr Jan Walichiewicz był osobowością, która wywierała duży wpływ na postawy studentów, trudno znaleźć informacje o tym wspaniałym nauczycielu akademickim. Niech to małe opracowanie będzie przyczynkiem do kolejnych na jego temat.

Bogusław Nowakowski - prezes Stowarzyszenia NEPOMUK 

 

Jan Walichiewicz urodził się 12.06.1929 r. we wschodniej Polsce. Studiował na Uniwersytecie Wrocławskim. Był znanym i wspominanym przez pokolenia studentów Wydziału Automatyki i Informatyki Politechniki Śląskiej wykładowcą akademickim. Zmarł w Gliwicach 08.08.2001 r. Jest pochowany na gliwickim Cmentarzu Centralnym przy ul. Kozielskiej (sektor F10 rząd 4 nr 4).


Fotograficzne wspomnienia udostępnione przez syna Piotra:

W przedszkolu we Lwowie ok. roku 1935 (drugi od prawej)

 

Zdjęcie z legitymacji studenckiej

 

W obserwatorium astronomicznym we Wrocławiu

 

W bibliotece Uniwersytetu Wrocławskiego

 

Ze studentami na Politechnice Śląskiej

 

W drodze na zajęcia na Politechnice Śląskiej (ok. roku 1965)

 

Na rajdzie turystycznym ze studentami

 

Jako dyrektor Planetarium Śląskiego

 

Na emeryturze

 


 

Wspomnienia:

 

Sławomir Zbiniew Latos "Rymżynier"

 ze strony: http://rymzynier.art.pl/nautech/

PANIE DOCEŃCIE OBARCZENIE STUDENTA!

Jak piorun kulisty, który z nieba wali
nasz okrągły docent zjawia się na sali
I zanim ucichnie krzeseł skrzyp witania
leci do białego na czarnym pisania

Od tej oto chwili, ile czasu stanie
jak huragan szybkie szaleje pisanie
Więcej niż N znaków pismo to zawiera
wtedy, tylko wtedy gradient we mnie wzbiera

Walą w zwartym szyku epsilonów roje
W gęstwinie tych funkcji błądzą oczy moje
A mistrz niedościgły wciąż “siecze i sieka”
troszcząc się wytrwale o to co nas czeka

I choć jak wspomniałem białe to pisanie
czarne me pojęcie o nim pozostanie
Horyzont mój mętny, jakiś pokręcony
ciągiem jest rozbieżnym oraz nieskończonym

Drogi nasz Docencie nie dbaj tak o sprawy
Nie musimy przecież dojść do takiej wprawy
Zważ, my mamy na to tylko roczek jeden
i w tym samym czasie innych kursów siedem!

Niezapomnianemu i zasłużonemu,
dawnemu wykładowcy analizy matematycznej
na Politechnice Ślaskiej, docentowi Janowi
Walichiewiczowi

jego były student Rymżynier

………………………………………………………….
Przypis:
Na Wydziale Automatyki Politechniki Śląskiej,
słynącym z wysokiego poziomu nauczania, studenci mieli
niezły chrzest bojowy na pierwszych latach (dla Rymżyniera
były to lata1968-70). Wiele osób żywo wspominało m.in.
entuzjastę analizy matematycznej, Docenta Jana
Walichiewicza. Jak po latach wyznał, wielu jego wychowanków
osiągnęło wysokie pozycje w światowych ośrodkach naukowych.
Wtedy jednak początkujący studenci Wydziału Automatyki,
mieli na uwadze przede wszystkim przebrnięcie przez te meandry
analitycznej rzeczywistości.
Oddaje ją niniejszy wiersz napisany podczas wykładu Pana Docenta,
kiedy to pewien, już wtedy rymujący student, zapomniał okularów
i nie mógł z tablicy niczego notować. Rymżynier miał jeszcze okazję
być w grupie studenckiej prowadzonej przez nieżyjącego już Docenta
Walichiewicza. W ostatnich latach życia zdążył on jeszcze ten
wspominkowy wiersz nadesłany przez Rymżyniera przeczytać. Szkoda
tylko, że nasz okrągły Docent już nas nie przećwiczy przy tablicy, ani
nie opowie żadnej przygody ze swych górskich wędrówek.


 

Jan Walichiewicz  i matematyka

wspomnienia oraz refleksje dr Ewy Starzewskiej-Karwan i dr Lucjana Karwana podczas spotkania w Gliwicach 27.11.2016.

 Notował Bogusław Nowakowski

ES: Docent Walichiewicz prowadził wykład dynamicznie, czasem nawet go wykrzyczał i wyśpiewał ("... dla każdego epsilon większego od zera... "). Ale gdy były jakieś trudniejsze partie materiału, mówił - proszę nic nie notować; przedstawiał problem na tablicy, po czym to powtórzył, by później powiedzieć, że można przejść do notowania. Jeśli chodzi o dydaktykę, to był rewelacyjny. Był bardzo sprawiedliwy. Pamiętam, jak pisałam pierwsze kolokwium. Byłam dość dobrze przygotowana i wstępnie oceniłam swoją pracę na 5 lub 5 minus. Wyczytał, że otrzymałam 4. Trochę byłam zaskoczona. Tymczasem, on sprawdził jeszcze raz, i przez kolegę, który mnie spotkał na ulicy, przekazał, że „Waluś” pomylił się i nie policzył mi wcześniej jednego zadania i koryguje ocenę.

Był solidny, nie chciał nikogo skrzywdzić, ale równocześnie był wymagający. Dawał szansę również słabszym studentom. Niedostateczna ocena z egzaminu była poważną konsekwencją i równała się ze skreśleniem ze studiów.  Gdy np. ktoś nie uzyskał zaliczenia, mimo tego został dopuszczony do egzaminu. Docent wychodził z założenia, że tak czy siak do egzaminu student musi się przygotować. W ten sposób delikwent miał szansę uzyskać i zaliczenie i zdać egzamin.

W czerwcu, jako Jan miał  imieniny. Chyba na trzecim roku poszliśmy do niego do domu, na ulicy Gottwalda (obecnie Częstochowska) złożyć życzenia. Bardzo serdecznie, razem z żoną nas przyjęli. Rozmowa potoczyła się m. in. wokół pochodów pierwszomajowych we Lwowie. Docent Walichiewicz opowiadał o rodzinnych sympatiach politycznych w odcieniu PPS, nie lewicowego, ale PPS Piłsudskiego. Jego rodzina, o ile się nie mylę była kolejarska. Opowiadał, że z ojcem chodził na pochody pierwszomajowe, które były trochę inne niż współczesne. Nikt nikogo nie ciągnął na siłę, każdy chodził z przekonania, swobodnie, z wolnej woli. Tutaj raczej na pochody nie chodził.

BN: Dlaczego Docent Walichiewicz zainteresował się matematyką?  Studiował we Wrocławiu, najprawdopodobniej u Steinhausa [i].

ES: Tak, studiował i skończył studia we Wrocławiu, o Steinhausie wspominał.  Doktorat robił w Krakowie z astrofizyki - astronomii, później był zresztą dyrektorem katowickiego Planetarium. We Lwowie była wspaniała szkoła matematyków. Powstała  świetna książka opisująca tamtejszy klimat. (M.Urbanek "Genialni. Lwowska szkoła matematyczna").

Docent Walichiewicz był związany z Wydziałem Automatyki od jego zarania. W latach 70-tych była reorganizacja. Było kilka katedr matematyki. Później stworzono Wydział Matematyczno-Fizyczny. Docent Walichiewicz był jednak związany z Wydziałem Automatyki.   Do instytutu kierowanego przez prof. Węgrzyna[ii]  przyłączyli się dr Małysiak [iii] i prof. Pochopień[iv]. Później prof. Węgrzyn  ściągnął prof. Grzywaka[v], a także prof. Czogałę[vi] oraz doc. Walichiewicza. Po kilku latach ci dwaj ostatni odeszli z jego instytutu. Na początku lat 90-tych, stosunkowo krótko po 60-tce doc. Walichiewicz odszedł na emeryturę.

Wszystkie dzieci Walichiewicza, dwóch synów i córka, ukończyły nasz Wydział (Automatyki i Informatyki)

BN: Czy Walichiewicz  przeczuwał, że analiza kiedyś będzie potrzebna?  Wtedy wszyscy się zachłystywali metodami numerycznymi.

ES: Docent Walichiewicz wywodził się z tradycji  szkoły lwowskiej. Wtedy uważano, że na pierwszych dwóch latach studenci Politechniki  powinni uzyskać gruntowne podstawy prawie z każdej dziedziny.  Mieliśmy, jako automatycy, wykłady z termodynamiki, mechaniki, wytrzymałości materiałów, elektrotechniki, fizyki,  to były mocne podstawy. Później od tego się odeszło - wielka szkoda, bo to nie było głupie. Wychodzono z założenia, że inżynier powinien dogadać się z różnymi specjalistami. Dziś już tego nie ma i młodzi ludzie, gdy chcą coś zdziałać w jakiejś nowej dziedzinie, muszą się niestety sporo namęczyć i dokształcić. Myśmy te podstawy mieli dobre.

LK: Popatrzmy na probabilistykę. Powstała 400 lat temu, a inspiracją była m. in. gra w karty. Pascal sformułował pierwsze pojęcia i aksjomaty. 50 lat temu powstał nowy dział - zbiory rozmyte, który ma wiele pojęć podobnych do rachunku prawdopodobieństwa. Pierwszy artykuł z tej dziedziny opublikował w 1965 prof. Zadeh. Prof. Ernest Czogała był pierwszym na Śląsku, który „wylansował” zastosowania teorii zbiorów rozmytych. Matematycy początkowo nie uznawali tej teorii za dziedzinę matematyki.  Aktualnie jest kilkadziesiąt czasopism o zasięgu światowym z tej dziedziny.

Dla mnie osobiście  wystarczy klasyczna matematyka. Rachunek różniczkowy i całkowy, który doc. Walichiewicz wykładał no i oczywiście pewne inne działy jak powyżej. To jest zawsze porządny fundament. Prof. Trybalski mówił, że „matematyka jest wspólnym mianownikiem dla inżynierów wszelkiej maści” i tu miał na myśli analizę matematyczną.

Jest takie stwierdzenie, że nauka to uporządkowana wiedza i najlepiej do tego wykorzystać matematykę. Weźmy np. nauki humanistyczne – jeśli wiedzę z tej dziedziny ujmiemy w tabele, a z tabel można zrobić  macierze albo wykresy, to już mamy matematykę w naukach humanistycznych i to jest niewątpliwie opracowanie naukowe.

 

[i]  Hugo Steinhaus - ( 1887 - 1972 ) polski matematyk, współtwórca lwowskiej szkoły matematycznej,  aforysta. Był autorem wielu prac z zakresu teorii gier, analizy funkcjonalnej, topologii, teorii mnogości, szeregów trygonometrycznych, szeregów ortogonalnych, teorii funkcji rzeczywistych oraz zastosowań i popularyzacji matematyki. Po wojnie był pierwszym dziekanem Wydziału Matematyki, Fizyki i Chemii Uniwersytetu Wrocławskiego. Przez wiele lat prowadził seminarium z zastosowań matematyki w Instytucie Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. /źródło: Wikipedia/ 

 

[ii]  Stefan Węgrzyn -  ( 19252011) fizyk, inżynier, automatyk, informatyk, specjalista teorii regulacji, profesor, wieloletni wykładowca Politechniki Śląskiej, w 1964 przeniósł się na współtworzony przez niego Wydział Automatyki (obecnie: Wydział Automatyki, Elektroniki i Informatyki). W 1968 współtworzył Zakład Systemów Automatyki Kompleksowej PAN w Gliwicach, przekształcony w 1989 w Instytut Informatyki Teoretycznej i Stosowanej PAN. /źródło: Wikipedia/

 

[iii] Henryk Małysiak - dr inżynier,adiunkt, pracuje w Instytucie Informatyki - Zakład Mikroinformatyki i Teorii Automtów Cyfrowych

[iv] Bolesław Pochopień - (ur. 1946) informatyk, profesor nauk technicznych. Studiował na Wydziale Automatyki Politechniki Śląskiej. W 1970 ukończył studia w zakresie cybernetyki. W latach 1990–1996 był prorektorem ds. dydaktyki Politechniki Sląskiej, następnie przez dwie kadencje do 2002 zajmował stanowisko rektora. Specjalizuje się w systemach cyfrowych, teorii i technice układów przełączających. /źródło: Wikipedia/

 

[v] Andrzej Grzywak - (1931-2016) automatyk, informatyk, wynalazca i organizator. Absolwent Politechniki Śląskiej w Gliwicach, profesor. W latach 1954-1976 pracował w Zakładach Konstrukcyjno-Mechanizacyjnych Przemysłu Węglowego, w latach 1976-1983 zastępca dyrektora ds. zastosowań w Instytucie Systemów Sterowania. Od 1983 pracownik naukowy Politechniki Śląskiej. W latach 2004-2008 był rektorem Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej. Był członkiem-założycielem Polskiego Towarzystwa Informatycznego. /źródło: Wikipedia/

 

[vi] Ernest Czogała - (1941 – 1998) profesor, wybitny naukowiec i wychowawca kadry naukowej, życie zawodowe związał z Politechniką Śląską. Był uznanym i liczącym się autorytetem w kraju i za granicą w dziedzinie przetwarzania wiedzy i sygnałów biomedycznych oraz zbiorów rozmytych. W latach 1987-1990 pełnił funkcje prodziekana Wydziału Automatyki, Elektroniki i Informatyki, a od 1988 r. był także Kierownikiem Zakładu Elektroniki Biomedycznej. /źródło: Instytut Elektroniki Politechniki Śląskiej, zeb.aei.polsl.pl//

 


 

Jan Walichiewicz - we wspomnieniach Lucjana Karwana

Anegdota turystyczna

W latach 60-tych i 70-tych bywał na wycieczkach niedzielnych pracowników Politechniki Śląskiej, często ze swoją młodzieżą. Od innych uczestników wyróżniał się tym, że nosił ze sobą (podobnie do studentów z rajdów) kocher na denaturat, patelnię i gdzieś przy szlaku na łące serwował smażone naleśniki, pierogi albo placki ziemniaczane. A miał tego dość, tak, że wystarczało nie tylko dla rodziny, ale i znajomych.

Inny rodzaj odżywiania stosował niejaki docent Gdula (ten spec od adiabaty i egzergii). Najpierw rozkładał na łączce śnieżnobiały obrusik (dyskretnie to obserwowały panie i ciekawie komentowały), na nim kładł talerzyki, eleganckie sztućce, po czym ze słoików wybierał twarożek, sałatki itp. itd., popijał herbatką z termosu, a na końcu była bułeczka z masełeczkiem polewana miodem. Z tym, że Gdula nikogo nie częstował.

Anegdota "O porannym ptaszku WALICHU"

Familia Walichiewiczów najpierw mieszkała przy ulicy Gottwalda (aktualnie Częstochowska), w kamienicy od strony północnej. W latach 70-tych przenieśli się do niedużego domu w ładnej dzielnicy koło koszar wojskowych. Docent cieszył się bardzo, gdyż wokół było dużo zieleni, a rano budził go śpiew ptaków. 

Relacja sąsiadów:

Docent Jan Walichiewicz był "porannym ptakiem". Już o godz. 4-tej szykował pranie do automatu, który znajdował się w komunalnej piwnicy, o 5-tej sprzątał klatkę schodową, około 6-tej robił zakupy żywności, a przed 7-mą był już na politechnice i powtarzał z notatek wykład, który zaczynał wyśpiewywać i wykrzykiwać od godz. 8:30!

Anegdota "O macierzach rekruckich WALICHA"

Docent Walichiewicz często uczestniczył w pracach komisji naboru rekruta na I rok studiów i w zasadzie był nieformalnym "szefem sztabu" tych komisji. Komisja pracowały wówczas na planszy formatu A0 lub większym, wg pomysłu Docenta, który nazwijmy umownie "Macierz rekrucka WALICHA". Z drukarki mozaikowej był wydruk w formie: w wierszach nazwiska i imiona rekrutów, w kolumnach nazwy przedmiotów z egzaminu pisemnego i ustnego, a w ostatniej kolumnie średnia wszystkich ocen. Macierz ta zwierała więc około 10 kolumn i kilkaset wierszy. Docent Walichiewicz wpisywał oceny w 3 kolorach:

5, 4, 4+, 4-, 3+     zielonym dla "orłów"

0, 1, 2, 2+, 3=      czerwonym dla słabeuszy, którzy poprzeczki nie przeskoczą

3, -3, >3, <3        żółtym i nad tymi cyframi komisja głęboko się pochylała, posiłkując się również ściągami dostarczanymi przez KW PZPR, dziekana, ewentualnie przez kolegów. Ci „żółci” mogli dostać się na studia z tzw. puli dziekańskiej, która wynosiła około 5% miejsc. Natomiast „macierz Walicha” bardzo wspomagała prace komisji rekrutacyjnej.

Wspominał Lucjan Karwan, 2016

/notował i opracował: B. Nowakowski/

 


 

Dlaczego analiza matamatyczna

Wykład Docenta Jana Walichiewicza z analizy matematycznej w  jakim miałem okazję jako student uczestniczyć, był niezwykły. Wspaniale, z drobiazgowością przygotowany, wpasowany bezbłędnie w ramy czasowe półtoragodzinnego wykładu, był dla pierwszorocznych studentów wydziału Automatyki i Informatyki w roku 1976-tym czymś nadzwyczajnym, a może nawet magicznym. Zgłębiałem z szacunkiem prezentowany przez Docenta wykład, który, jak później, przy szerszej już młodej refleksji, oceniłem jako przygotowany w duchu tradycyjnego, historycznego leibnitzowskiego  podejścia. Jak mi się wydawało, kontrastował z nowoczesną matematyką modnej wtedy algebry, klasycznym siedemnastowiecznym myśleniem. Dziwiłem się jak i kiedy, jako młody człowiek - inżynier,  będę mógł przejść przez 300 lat rozwoju matematyki i płynnie sięgnąć do nowoczesnych metod oraz koncepcji. W głębi duszy zrobiłem wtedy Docentowi z tego zarzut, że tak koncentrował nas na "archaicznym" i staromodnym podejściu.

Po kilku latach, kiedy już nie mieliśmy z nim zajęć, w grupie kolegów i koleżanek, dowiedzieliśmy się, że moglibyśmy odwiedzić Docenta w domu i z okazji  imienin złożyć mu  życzenia. Byliśmy grupą dziekańską, którą, jak sądziliśmy lubił, co okazało się prawdą. Serdecznie nas przyjął w swoim prywatnym mieszkaniu na os. Karolinki. Rozmowa była miła i bardzo serdeczna. To mnie ośmieliło, by wbrew niektórym moim kolegom, zadać mu pytanie o sens tak tradycyjnego wykładu, gdy wokół buzują nowe koncepcje bardzo burzliwie rozwijającej się rzeczywistości numerycznej. Docent nie odpowiedział na to pytanie wprost i oczywiście. Podał nazwisko współczesnego matematyka zajmującego się przedstawianymi przez niego zagadnieniami. Powiedział też, że niedawno otrzymał podziękowanie od pewnego studenta pracującego w Kaliforni, który brał udział w zaprojektowaniu sterowania lądowaniem samolotów Boeing, którego konstruktorzy jako pierwsi na świecie wyeliminowali technikę lądowania "kangurem" (z lekkim podskokiem przy dotknięciu pasa). Sam później  zorientowałem się, że wielka postać teorii równań różniczkowych, niewidomy od wieku 14 lat, Lew Pontriagin, żył i pracował w latach 1908 - 1988. Niedługo potem, w okresie swojej pierwszej pracy w informatyce, konstruowałem komputerowy generator dźwięków i melodii.  Musiałem zaprojektować częstotliwości dla poszczególnych tonów i półtonów grającego urządzenia. Innymi słowy trzeba było znaleźć wzór na odległości  pomiędzy progami na gryfie gitary. Sięgnąłem do analizy matematycznej i dzięki Docentowi odkryłem, że ta znana skala to logarytm naturalny. Było to dla mnie zaskoczenie i aż zbyt dobitne podsumowanie moich wcześniejszych wątpliwości.  Jeszcze później o źródłach wykładu Docenta natknąłem się we wspaniałej książce o lwowskiej przedwojennej szkole matematyków "Genialni. Lwowska szkoła matematyczna". Ostatnio w 2016 roku, o problemach i metodach analizowania osobliwości w kosmologii metodami analizy matematycznej przeczytałem u księdza profesora Michała Hellera.

Przydatność koncepcji Docenta życie mi potwierdzało i potwierdza przez ostatnie  35 lat, powoli eliminując moje wcześniejsze zastrzeżenia.

Bogusław Nowakowski, grudzień 2016